Anatol Karen spostrzegł młodą dziewczynę w chwili, gdy przechodził przez jezdnię i w jednym ułamku sekundy zapomniał, że skończył już sześćdziesiąt dwa lata, jest emerytowanym radcą ministerjalnym i w zeszłym tygodniu miał atak podagry.
Była wszakże wiosna, maj był na świecie...
Z lekkomyślnością młodzieńczych lat, którą uczuł w swem sercu, podążył od razu za dziewczyną. Była smukła, pełna wdzięku, akuratnie typ tego rodzaju, za którym szalał przed czterdziestu laty... Poszedł za nią krok w krok, gdyż należał do starego pokolenia ludzi wytrwałych, którzy nie lubią okazji przepuszczać przez palce.
„Nie jestem już młody", przyznawał w duchu, „ale statystycznie zostało dowiedzione, że dwudziestoletnie dziewczyny kochają się w doświadczonych, dojrzałych mężczyznach, stojących mocno na nogach... Czują, że znajdują w nich oparcie i opiekę... hopla!".
W zapale swym szedł zbyt śmiało, nie zwracając na nic uwagi i wpadł na idącego wprost młodego człowieka z taką siłą, że aż przewrócił się na ziemię.
„Stokrotnie przepraszam!" rzekł speszony młodzieniec i pomógł mu przy wstawaniu. Karen chciał gniewnie odpowiedzieć, gdy nagle zauważył, że dziewczyna też przystanęła w gromadce ludzi, którzy zgrupowali się wokół niego.
„Nic mi się nie stało," rzekł i potarł sobie kolano, „to ja raczej powinienem pana przeprosić!"
„Czy pan się skaleczył?" zapytała ze współczuciem dziewczyna i spojrzała na niego przyjaźnie.
„Wszystko w porządku", odrzekł i wyprostował z trudem nogę, uśmiechając się do niej niedwuznacznie.
„Ale przecież pan kuleje!" zawołała dziewczyna. „Czy boli pana noga? Nie, nie powinienem pan tego bagatelizować, odwiozę pana taksówką do domu!"
Zanim Karen mógł zaprotestować, przywołała auto, pomogła mu przy wsiadaniu razem z młodym człowiekiem, który tak poczuwał się do winy, iż postanowił także towarzyszyć panu radcy aż do jego mieszkania.
Więc ta cudowna dziewczyna siedziała teraz obok Karena, czarująco zatroskana o jego zdrowie, jak dawna znajoma. Nieszczęsny przypadek zamienił się na nieoczekiwane szczęście!
„A teraz musicie, państwo, do mnie wstąpić na lampkę wina", rzekł, zapraszając ich obydwoje, gdy stanęli u celu. „Powinniśmy przecież oblać odpowiednio naszą znajomość!"
Poszedł naprzód, wyprostowany, nie powłóczył nogą — o nie — i nie chciał się także na niczem wesprzeć! Krok jego był prawie młodzieńczy — co tam znaczy taki mały wypadek, gdy się obok siebie czuje tak ufnie rozgadaną śliczną dziewczynę..."
Spędzili czarującą godzinkę. Anatol Karen genjalnie zaimprowizował maleńkie przyjęcie — ona napewno poznała się na tem odrazu. Wypili na cześć wypadku, który doprowadził do ich wzajemnego poznania.
„Teraz muszę już pójść", rzekła wreszcie dziewczyna. „Sądzę, że pan czuje się już zupełnie dobrze, prawda? Czy jeszcze boli?"
„Nie, ani trochę!"
„W każdym razie niech pan tej rzeczy zbyt błaho nie traktuje," dodała jeszcze. „W pańskim wieku to bywa czasem niebezpieczne". Z tem odeszła w stronę drzwi.
„W pańskim wieku..." Podszedł do okna i ujrzał ich dwoje. Stali na rogu ulicy i młody człowiek z ożywieniem mówił o czymś do dziewczyny. Potem ona uśmiechnęła się i ujęła go pod ramię. Starszy pan widział, jak oboje razem minęli róg i potarł swą zbolałą nogę.
Trochę bolała go przecież. A przytem była wiosna na świecie, maj zaglądał w okna...
Z oryg. mng. tłum. A. H.