ARCHIWUM • HISTORIA
VOL. 26 / NO. 01
← Wróć do wydań

KORRESPONDENCJA.

Rodzina Cesarsko-francuzka zamieszkuje ciągle pałac tuileryjski. Cesarzowa zdjęła grubą sześcio- miesięczną żałobę po siostrze.

KORRESPONDENCJA.

Rodzina Cesarsko-francuzka zamieszkuje ciągle pałac tuileryjski. Cesarzowa zdjęła grubą sześcio- miesięczną żałobę po siostrze. Cesarstwo, pan Walewski i wiele innych arystokratycznych domów nie przestają jak w karnawale wydawać balów itań- cujących wieczorów. Cesarz zfamilją dopiero w koń- cu Maja uda się na letnią rezydencję do pałacu St. Cloud, póżniéj do Compiegne. Podróż Cesa- rzowéj do Ziemi Świętéj zaniechano, lubo wszel- kie przygotowania ku temu były już zrobione. Teatra i koncerta w téj porze są najczynniejsze i największe mają dochody. Jeden z naszych ro- daków pan Telesiński, skrzypek, dawał w tych dniach koncert w sali Pleyel’a, w którym pan Józef Wieniawski i wielu artystów francuzkich wzięło udział. W parę dni póżniéj pan Wieniawski zno- wu dawał koncert w sali teatru wielkiego, ale dla nielicznych wcale słuchaczy. W sali Herca na do- chód biednych robotników wyprawiło wielki kon- cert towarzystwo muzyczne, wktórym występowali nasi rodacy: pan Karol Kontski skrzypek i Stani- sław Kontski pianista.

—Pewien Amerykanin, nazwiskiem du Chaillu, z licznym orszakiem ludzi uczonych i myśliwców odbył wyprawę do Afryki w celu odszukania tyle wieków poszukiwanych już żródeł rzeki Nilu. Prze- pędził lat trzy w tych dzikich i nieznanych stro- nach, zalegających przestrzeń po téj i po tamtéj stronie równika, na dwa stopnie jeograficzne rozle- głą. Przytém bardzo ciekawe zrobił sprawozda- nie o téj ziemi, któréj noga żadnego Europejczyka aż dotąd nie tknęła.

Znalazłem, powiada pan du Chaillu, w krainie zwanéj Rambo Owengo dwa gatunki małp bardzo podobnych do człowieka: kooloo-kamba (troglody- te kamba), i tak zwanego mbuwe (troglodyte łysy). Pierwszy gatunek nazwany został od przeciąglego krzyku, który wydaje; kamba zaś znaczy język w narzeczu mieszkańców téj krainy. Mbuwe jest

małpa łysa zupełnie, niezbyt wielka, ale bardzo przebiegła. Robi ona sobie schronienie od nawał- nic i ulewnych podrównikowych deszezów, wiążąc galęzie zręcznie na drzewach trzydzieści stóp nad powierzchnią ziemi wyniesione, które przykrywa dachem w kształcie parasola. Te budy na drze- wach zawieszone nie dają się nigdy inaczéj widziéć jak po parze. Jedna z nich służy dla samca, druga dla samicy. Młode tego gatunku są zupełnie białe i mają skórę podobną do cery słabowitych dzieci. Pan du Chaillu dostał młodą mbuwe, która po dwóch tygodniach z nim pobytu dała się tak przy- swoić i ułaskawić, ze łaziła za nim wszędzie jak szczenię. Ale z postępem cywilizacji zrodziła się w niéj na nieszczęście skłonność do kradzieży. Pau du Chaillu sądząc bardzo trafnie, że wpoić jéj za- sady moralności można tylko za pomocą dyscy- pliny, za każdém zdybaniem na gorącym uczynku kradzieży, kara nie mijała winowajczyni. Wej- ście do chaty, którą pan du Chaillu zamieszkiwal, zamykało się plecionką z rogoży. Małpka pod- nosiła ją doskonale i nieproszona wchodziła do mieszkania. Jeżeli spostrzegła, że pan śpi, chwy- tała czémprędzéj za figi bananejskie i cichaczem wynosiła się na cztery wiatry; jeżeli zaś, w chwili porwania przez nią owocu, pan du Chailly otwo- rzył oczy, przerażona następstwami swego zuchwal- stwa, uciekała w głab lasów i nie powracala do do- mu aż w nocy. Dalszy wpływ cywilizacji i społe- ezeńskiego z ludźmi obcowania objawił się na niéj przez namiętną skłonność do rumu i likierów. Pan du Chaillu miał sporą butelkę araku, którą cho- wał, jak mówi, na lekarstwo; pewnego dnia małp- ka wytropiła przysmak i ciekawa bądż co bądż za- kosztować owocu zakazanego, a nie mogąc wycią- gnąć korka, strzaskała szyjkę od butelki i tak porządnie się ugościła, że pan du Chaillu po po- wrocie do domu znalazł ją tarzającą się po podło- dze w konwulsyjnych drżeniach, wymiotach, żało- sne i bolesne wydającą jęki. Domyśliwszy się przy- czyny paroxyzmu, Amerykanin zarządził jéj szmi- gus porządny na głowę, który ją wnet do normal- nego stanu przytomności i zdrowia powrócił. Pan du Chaillu w téj wędrówce odkrył jeszcze kilka gatunków zwierząt, ptaków i roślin dotąd na- turalistom nieznanych, jak naprzykład: prześliczną antylopę, z któréj nadobną postacią żadne znane dotąd zwierzę porównania nie wytrzyma; olbrzy- miego słonia z gatunku dotąd nieznanego i wiele innych zwierząt. Ale najciekawszy ustęp swego sprawozdania poświęcił zuchwały wędrownik ga_ tunkowi małpy zwanéj Gorille, z którą ciągłe i bar- dzo niebezpieczne staczal boje. Pan du Chaillu jest podobno pierwszy człowiek z naszego plemie-

nia, który się ośmielił polować na tego Lycyfera. Małpy z wysp Sumatry i Borneo, sławne Szim- panze, co kobiety u mieszkańców tych wysp pory- wają irabują ich ogrody, mają być łagodném dziec- kiem w porównaniu ztym potworem. Małpa goril- ska jest zwierz atletycznéj budowy. Dojrzały sa- miec przechodzi wysokość dwóch metrów, a w ple- cach miewa przeszło metr szerokości. Lapy ma olbrzymie, trzy razy większe jak ręka silnego męż- czyzny. Moc jego wyrównywa połączonéj sile sze- ściu ludzi; muskuły szczęk i wystającéj skóry, któ- ra mu olbrzymie czoło jak zawój opasuje, są podo- bno obdarzone siłą zadziwiającéj potęgi. Czarna, gęsta sierć okrywa tego wielko-luda. Jego kark i łeb zarastają długiemi kudły, któremi dowolnie jeżyć, a nawet przysłaniać i zakryć całą paszczę jest w stanie. Ale co najokropniéj, potwór ten po- siada przenikliwość, przebiegłość i poznanie wyró- wnywające prawie ludzkiemu pojęciu wpołączeniu z okrucieństwem, dzikością i niczém niezłagodzo- ném rozbestwieniem prawdziwego szatana. Goril- skie małpy są nadzwyczaj zazdrosne, a samiec ochoczy do walki zausze gotów i usposobiony do staczania zaciętych bojów. Kiedy uderza na nie- przyjaciela, wali w piersi łapa jak młotem, a huk ten jak z bębna daje się słyszéć podług pana du Chaillu’ na dwie wiorsty drogi. Ryk tego zwierza i przerażające zgłoskowanie, podobne są do krzy- ku człowieka w dzikiéj rozpaczy. W nieprzeby- tych górzystych lasach tych krajów obudza on po- dobno odgłos, który ze szczytu na szczyty gór, pędzi echo na cztery wiorsty odległości. W ze- tkńięciu z nieprzyjacielem stara się go przestra- szyć naprzód: pieni się więc ze wściekłości, tupa i łaje w przerażający sposób. Zimny pot występu- je na człowieka przed obliczem tego potwora. W oczach jego, jak we wzroku szatana, iskrzy się promyk inteligencji, ale zarazem przebłyska wnich podstep, przewrotność i okrucieństwo. Ten wcie- lony Lucyfer, w gniewie wyprawia tak szalone harce, że w nieme przerażenie wprawia najodwa- żniejszych ludzi. Pan du Chaillu stracił sześciu towarzyszów swéj podróży w walce z małpami gorilskiemi. Można sobie wystawić niesłychaną siłę tego obrzydliwego upiora, kiedy on jedném uderzeniem łapy, nogi i żebra dorosłych mężczyzn łamie jak zapałki, a lu- fę od fuzji przegryza na połowę, albo skręca wzwi- tek jak pręcik. Szatan ten jest podobno namiętniej- szy od Jupitera, satyrów i samego Belzebuba. Kiedy porywa kobiety dzikim mieszkańcom tych krain, ścigany przez tłumy, zarzucić może aż dwie niewiasty na jedno ramię i przytrzymując je jedną łapą, w drugiéj dzierży drg ogromny, którym się

broni od docierającéj mu czeredy osieroconych mężów i rodziny. Takim sposobem rejteruje po- woli do lasów i uchodzi z ofarami najczęściéj bez- karnie. Co za los kobiety dostać się w posiadanie takiego potwora! To cokolwiek gorzéj, jak być za- przedaną na doczesne więzienie tureckich i arab- skich haremów. Pan du Chaillu utrzymuje, że wobec niewiasty szatan ten przybiera postawę za- dziwiającéj uprzejmości, ale niezbłaganym się robi dla wszystkich zwierząt, które mu wówczas w dro- gę wléść mogą. Dziękuję za taką otuchę.. To zda- nie wszakże pana du Chaillu dosyć mi się prawdo- podobném być wydaje, porównywając je z opisami innych badaczy, którzy mniemają i cytują fakta o wpływie kobiety na najstraszniejsze bestje. Sła- wna jest historja, którą niejedna z moich Czytelni- czek czytała zapewne, albo widziała rysunek jednéj matki we Florencji, co klęcząc na kolanach, bła- galnym i magnetyzującym wzrokiem jedynie, ocala dziecko i siebie od paszczy zgłodniałego lwa, co umknął z menażerji i błąkając się po ulicach mia- sta, napadł na nieszczęśliwą. Podobnych przykła- . dów wpływu kobiet na nadżwiedzi i inne najsroż- sze zwierzęta czytałem kilka opisów, i to w powa- żnych naukowych dziełach. Pokazuje się, że wła- dza białogłowy tak w świecie moralnym jak i fizy- cznym, jest niezaprzeczoną. W Paryżu znajduje się w gabinecie zoologicznym jeden ogromny exemplarz wypchanéj małpy goril- skiéj. Stoi ona pod szklanym dzwonem na środku sali zapełnionéj samemi najróżnorodniejszemi mał- pami, trzymając jedną łapa za gałęż suchego drze- wa ipokazując publicznosci szezęki opatrzone dwo- ma rzędami kłów najstraszniejszych. Jest-to małpa nowego odkrycia. Buffon nic, a Cuvier mało jesz- eze o niéj wiedział. Pan du Chaillu, który kilka tego rodzaju małp zabił, przerażający kreśli obraz konania i jęków śmiertelnych tego olbrzyma. Mie- szkańcy tych krain są po większéj części ludożercy, i odważny wędrownik na tysiączne pomiędzy niemi ze swym nielicznym orszakiem napotykał trudno- ści. Zbiorami ciekawemi z jego podróży zbogaci się niejedno muzeum, a mianowicie w Londynie i Nowym-Yorku. Do źródeł Nilu pan du Chaillu wszakże podobno nie dotarł.