WSPOMNIENIE.
Zachodzące słońce roztoczyło ostatnie promie- nie swoje po górach, niby Westalka schylająca głowę do spoczynku—lśniący, rozczesany warkocz; jak wesoła i pusta wieśniaczka przejrzało się w gład- kiém zwierciadle stawu, uśmiechnęło się całym bla- skiem swéj tarczy, niknąc z przed oczów od tak da- wna wiernego giermka—bladego, zamyślonego księ- życa…
Na wsi, wybiła wtedy godzina gwaru…
Przed dworem mniéj zgiełku, we dworze cisza… Opuszczono firanki u okien i rolety, wniesiono lampę; doktor przybliżył się do osoby bladéj, osła- bionéj długiemi cierpieniami moralnemi, siedzacéj na wygodném krześle, która w milczeniu podała mu ręce; po chwili, medyk ręce podane sobie uło- żył na kolanach choréj i patrząc w jéj oczy, przy- słonione zwierającemisię powiekami, wstrzasał dło- niami nad jéj czołem, kreślił nad nią w powietrzu cugi coraz to powolniejsze; aż opuściła na piersi chylącą się głowę.
Obecni przy usypianiu osłabionéj, ‘posiadającéj skłonność do snu magnetycznego, mającéj w nie- znanym sobie języku przepisywć lekarstwa, za- trzymaliśmy oddech w piersi, przejęci dreszczem jakiéjś tajemniczéj trwogi, którą uczuwa człowiek na widok niezbadanych tajemnic… Zdawało nam się, że wśród téj ciszy, tylko głos natchniony za- brzmiéć ma prawo, aby oznajmić wszechmoc Bó- stwa, co umiało stworzyć nieśmiertelnego ducha- i milczel:śmy zamyśleni poważnie… — Śpię! — rzekła chora głosem łagodnym… Jednocześnie zaszeleściła suknia jedwabna, uka- zała się ładna rączka, strojna w pierścienie i bran- solety, uchylając portjerę od przyległego salonu,— i towarzystwo nasze pdwiększone zostało obecno- ścią kuzyny. Wyraz dziwnego cierpienia, wstrętu prawie, na- piętnował oblicze zamagnetyzmowanéj. — Czy czujesz się osłabioną? — zapytał lekarz, który w takich wypadkach jak kapłan przy konfe- sjonale, ma prawo odrzucić wszystkie tytuły. - Nie; nie budż mię!. — rzekła chora. — Do- znałam tylko bolesnego wrażenia na widok świe- cideł spostrzeżonych u mojéj kuzyny… Poproś niechaj je zdejmie!
Gdy zdumienie dało się widziéć na twarzy no- wo-przybyłéj damy, uśpiona odezwała się znowu: - Ona dziwi się i waha, nie wié dlaczego żą- dam téj ofary. Posłuchajcie mię, a przekonacie się, że to nie kaprys. W złocie, które świeci tak jasno, jest wiele plam ciemnych, krwawych i ukrytych… Wystąpiły teraz przed wzrokiem mojego ducha, jak widma z odsłonionemi ranami… W bransolecie, którą zdejmuje już moja kuzyna, jest cząstka złota z obrączki ślubnéj wdowy, po oficerze walecznéj, ale nieszczęśliwéj armji, co krew i życie poświęcił w sprawie narodu; a umierając, myślą tylko przesłał rodzinie pożegnawcze wes- tchnienie i prosił Boga, ażeby syn jego jedyny, ró- wnież gdy dorośnie, mógl znaléşć śmierć na polu chwały! Wdowa, straszne przeszła koleje; ale wszystko na świecie ma swój koniec: zakończyła pielgrzym- kę cierniową, wypłakawszy wzrok, śmiercią Ugo- lina, w krwawych uściskach nędzy. Dobrzy ludzie zajęli się jéj pogrzebem. Zdjęli obrączkę złotą, poświęcaną, z jéj palca, kupili za nią trumnę prostą jak dla żebraka, za którą nikt nie poszedł na cmentarz-tylko zapłakane dziecię- sierota; na którą grabarz tylko rzucił garść ziemi, jękliwie dzwoniącą o wieko. We dwadzieścia lat późniéj, młody więzień, od- dzielony setkami mil od rodzinnego kraju, prze- grodzony od braci tysiącami serc obojętnych, z cie- mnego wnętrza ziemi, niby z piersi tajemniczego olbrzyma wyrywał oskardem bryły świecącego kruszcu; ilekroć zamyślił się-westchnąl… Więzień był synem wdowy, a dwa ogniwa w bran- solecie mojéj kuzyny krwią jego zostały skropione. Ojciec nieszczęśliwéj rodziny, mąż opuszczonéj żony ukląkł przy stopach lwicy, a zapomniawszy o najbliższych osobach: według praw ludzi, natu- ry i Boga—to co z łez ich wycisnął, kosztowny pierścien brylantowy oddaje zauśmiech wietrznicy. Czas gasi jéj wdzięki, mijają lata, kosztowności przechodzą w ręce lichwiarzy, a nakoniec wyro- dny ojciec i bachantka, żebrak i żebraczka, scho- dzą się ze sobą w kruchcie kościelnéj, okryci w ła- chmany; brylant z pierścienia ozdabia już naszyj- nik innéj kobiety, a starą oprawę przetopiono na jedno z ogniw bransolety. Dwóch awanturników odmiennych narodowości zarówno podsycanych żądzą bogactw, zeszło się aż w Kalifornji, porzuciwszy rodzinne kraje. Praco- wali jak ostatni wyrobnicy, żywili się jak nędzarze, staczali boje o każdą stopę złotodajnéj ziemi; gdy uzbierali już dosyć, odurzeni trunkiem, wzburzeni żądzą, zapragnęli wzajemnie owocu swych trudów,
odważyli na szalach swoje bogactwo, postawili go na kartę i jeden pozostał, aby doświadczać nowych szyderstw i uśmiechów losu, gdy kula rozdzierała piers drugiego, samobójcy!… I tego złota cząstkę dżwigałaś w swéj bransole- cie kuzyno!.. A ileż wchodzi jeszcze cząstek podo- bnych, co stworzyły Kainów, okryły hańbą całe pokolenia, ściągnęły klątwę Boga na głowy od- stępców?!… Dziękuję ci, żeś zdjęla te pozorne ozdoby. Nosić świecidła kupione za pracę ojców, to mniejsza za- sługa, niż urodzić się pawiem. Dziecko tylko chwy- ta bezmyślnie za polerowaną blaszkę, i człowiek dziki pożera ją wzrokiem; mieszkanka ucywilizo- wanego świata, do innych blasków wzdychać po- winna. Zatrzymaj jednak przy sobie to, co z błogosła- wieństwem oddała ci matka twoja. Pamiątki winny być szanowane. H. Przybyslawski.